
Felieton #361| UNDER NEW MANAGEMENT – LADY PANK
April 16, 2026
Felieton #375| Policja i Big Cyc
April 16, 2026
PULS nr 362 03.04.2019
J. SZUBRYCHT: Przepytano niedawno polskich nastolatków, jakiej muzyki najchętniej słuchają, i rock jest wyraźnie w odwrocie.
KEITH RICHARDS: Przede wszystkim chciałbym, żebyśmy nauczyli się odróżniać rocka od rock and rolla. Tego pierwszego mi nie szkoda. Muzyka rockowa to europejska wariacja na temat rock and rolla, a my tutaj za bardzo lubimy maszerować. Ja pilnuję, by do tego rocka zawsze dodawać trochę rolla. Niech to się buja. Ta muzyka przetrwa, jestem pewien.
Przetrwają też związane z nią wartości? Dla wielu ludzi na całym świecie przy waszej muzyce, Beatlesach i innych twoich rówieśnikach otwierały się drzwi do osobistej wol- ności. Teraz zdają się znowu zamykać.
– Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale cóż, Ziemia jest okrągła, wszystko wraca w ramach cyklu. Już było lepiej, ale znowu coraz więcej syfu wokół nas. Coraz brzydziej to wszystko pachnie. Obserwuję to z niepokojem i robię, co umiem. Gram na gitarze. Wierzę, że muzyka może nieść ulgę w tych trudnych czasach.
Pamiętasz, jakie emocje towarzyszyły ci w 1988 roku, kiedy zacząłeś nagrywać swój pierwszy solowy album?
– Przyjaźń i zrozumienie. W zespole X-Pensive Winos, który wtedy powstał, błyskawicznie zapanowało pełne zrozumienie. Ivan Neville, Waddy Wachtel, Bobby Keys, Charley Drayton… Wchodziliśmy do studia jako najlepsi kumple. Kiedy doszliśmy ze Steve’em Jordanem do wniosku, że potrzebny nam jest zespół, pół godziny później mieliśmy skład. To było jak déja vu. Znowu czułem się jak w tych dniach, kiedy zaczyna- liśmy ze Stonesami, kiedy wszystko jeszcze było przed nami. Nowy zespół to niesamowita sprawa. Byłem więc zachwycony, bo wiesz: jeśli masz dużo szczęścia, trafi ci się w życiu granie w jednym wspaniałym zespole. A ja właśnie trafiłem do drugiego.
To miała być przecież płyta solowa. Mogłeś sobie wynająć do tej roboty najlepszych instrumentalistów świata, innego do każdego utworu. Czemu od razu założyłeś nowy zespół? – Tylko tak potrafię pracować. Nic nie może się równać z energią, którą wytwarza tych paru kumpli, którzy zebrali się w małym pomieszczeniu, by pograć razem. Tak się rodzi nie tylko muzyka, ale też chemia, której nie da się opisać. O to w tym wszystkim chodzi, o ten feeling, który jest możliwy tylko wtedy, gdy stajecie się jednością. Nagle zaczyna iskrzyć, zarzucacie się nawzajem pomysłami. To mnie w tym wszystkim najbardziej pociąga.
Skąd wiedziałeś, że to właśnie oni? Nie było przesłuchań do X-Pensive Winos. Tak dobrze znasz się na ludziach czy po prostu miałeś szczęście?
– Chyba jedno i drugie. Mam szósty zmysł… Może nawet siódmy? (śmiech) Poznajesz ludzi na swojej drodze, widzisz ich na scenie i myślisz sobie: „O, fajnie byłoby kiedyś zagrać z tym facetem”. Miałem kilku takich z tyłu głowy i nagle los przyniósł okazję, by zebrać ich wszystkich w jednym zespole. Jak tu nie skorzystać?
Muszę jednak przyznać, że X-Pensive Winos zawdzięczają narodziny Charliemu Wattsowi. Skończyliśmy właśnie z The Rolling Stones nagrywanie „Dirty Work” i wiedzieliśmy, że czeka nas dłuższa przerwa. Pewnego dnia Charlie mnie zaczepił: „Jeśli kiedy- kolwiek będziesz miał ochotę zrobić coś poza Stonesami, zapamiętaj, że Steve Jordan ogarnie temat”. Zapamiętałem te słowa i okazało się, że Charlie jest prorokiem.
W pewnym sensie poczułem, że nic się nie zmieniło, bo moim najważniejszym partnerem w The Rolling Stones też jest perkusista. Czuję, że mamy z Charliem wyjątkowe porozumienie. Na nim opiera się istota brzmienia Stonesów. Bez tego niczego by nie było. Można więc powiedzieć, że Charlie Watts przekazał mnie Steve’owi Jordanowi. Od tamtej pory mam w Stevie wspania- łego artystycznego partnera.
W The Rolling Stones zdarzało ci się wcześniej śpiewać, ale po raz pierwszy wziąłeś na siebie rolę frontmana pełną gębą. Łatwo było?
– Nie. Prawdę mówiąc, niełatwo. Sporo się wtedy dowiedziałem o roli Micka w Stone- sach, wreszcie zobaczyłem koncert jego oczami. Frontman nie może odpuścić ani na chwilę, musi trwać na posterunku. Naprawdę doceniłem wtedy wagę zadania, które w Stonesach wziął na siebie Mick. (…)
źródło: wyborcza.pl




