
Felieton #268 | BOJKOT OPOLA PODZIELI BRANŻE
May 5, 2026
Felieton #274 | Najmłodszy Stone – Ronnie Wood ma 70 lat
May 5, 2026
PULS nr 375 03.07.2019
Monterey Pop Festival (16–18.06.1967)
Lato 1967 roku. Historia przyspiesza. Umysły kipią energią, rośnie przekonanie, że wszystko jest możliwe. Tysiące ludzi wpinają kwiaty we włosy, Jimi Hendrix podpala gitarę — i świat przestaje być taki sam.
1 czerwca ukazuje się album „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles, który dokonuje rewolucji w rocku i przemyśle fonograficznym. Dwa tygodnie później rusza Monterey Pop Festival — wydarzenie, które wyznacza wzorzec wielkich festiwali rockowych. Dopiero po nim nadejdą Woodstock i Isle of Wight. Po tym czerwcowym weekendzie świat muzyki już nigdy nie będzie taki sam.
Monterey w Kalifornii było wcześniej miejscem festiwali jazzowych i folkowych. Jednak w drugiej połowie lat 60. coraz głośniej rozbrzmiewał tam rock. W Kalifornii działały już kultowe zespoły: Grateful Dead, Jefferson Airplane czy Big Brother and the Holding Company — awangarda amerykańskiej psychodelii, artyści przekraczający granice percepcji. Rock przebijał kolejne bariery, stając się muzyką nie tylko pokolenia, ale całej epoki.
Przyciągał muzyków folkowych i jazzowych, którzy — ku zgorszeniu części swoich fanów — podłączali gitary do prądu. W końcu kilku zapaleńców wpadło na pomysł zorganizowania w Monterey pierwszego wielkiego festiwalu rockowego. Artyści (z jednym wyjątkiem) wystąpili za darmo, a dochód przeznaczono na cele charytatywne.
Często mówi się, że wraz z „Sgt. Pepperem” i Monterey rock został wyniesiony do rangi sztuki. Ale czy naprawdę? W tamtym czasie artyści rockowi nie myśleli kategoriami „sztuki”. Rock zamknięty w muzealnej gablocie z napisem „nie dotykać” przestałby być rockiem.
Był raczej żywiołem — barbarzyńcą wchodzącym do ogrodów kultury wysokiej. Domagał się dostępu do mediów, najlepszych studiów nagraniowych i sal koncertowych. Wychodził z getta, żądając równych praw. Akceptował prostotę, ale nie prostactwo. Nie aspirował do miana sztuki — lecz zaczął z niej czerpać. I jednocześnie sam inspirował malarzy, filmowców, poetów i jazzmanów.
„Lato Miłości”, jak nazwano rok 1967, rozpoczęło się od styczniowego zlotu hippisów w Golden Gate Park w San Francisco — protestu przeciw delegalizacji LSD. Wśród jego uczestników byli m.in. Allen Ginsberg i Gary Snyder.
Festiwal w Monterey, głęboko przesiąknięty duchem kontrkultury, przyciągnął zarówno długowłosą młodzież w koralikach i z kwiatami we włosach, jak i bardziej konserwatywną publiczność — w koszulach i marynarkach. Co ciekawe, przed sceną ustawiono rzędy krzeseł. Na festiwalu rockowym! Kto chciał — siedział. Inni leżeli na trawie, tańczyli, śpiewali lub odpływali w psychodelicznych wizjach.
Na festiwal przyjechało nawet 90 tysięcy ludzi. Czy to muzyka ich przyciągnęła? A może to oni — zjednoczeni ideami kontrkultury i potrzebą zmiany — odnaleźli w tej muzyce własny język?
Monterey było czymś więcej niż koncertem. Było manifestacją wspólnoty — ludzi odrzucających dotychczasowy porządek świata i próbujących tworzyć nowy.
Festiwal został sfilmowany, dzięki czemu jego duch dotarł do setek tysięcy widzów. Film D.A. Pennebakera do dziś pozostaje niezwykłym doświadczeniem. Obok znanych utworów i spokojnych występów pojawia się eksplozja stylów: Simon & Garfunkel, The Mamas & the Papas, Hugh Masekela, Ravi Shankar, Janis Joplin — a także rockowa furia Jimiego Hendrixa i The Who.
To właśnie wtedy doszło do jednych z najbardziej pamiętnych scen w historii rocka. The Who zakończyli koncert spektakularną destrukcją — Pete Townshend roztrzaskał gitarę o wzmacniacze, a Keith Moon demolował zestaw perkusyjny.
Chwilę później Jimi Hendrix poszedł jeszcze dalej: położył gitarę na scenie, oblał ją benzyną i podpalił. Hipnotyczny rytuał? A może mroczna strona rocka — pokazująca, że tworzenie i niszczenie mogą być sobie niebezpiecznie bliskie.
Monterey zapisało się w historii także jako jedno z pierwszych wydarzeń bez podziałów rasowych — zarówno na widowni, jak i na scenie. To, co dziś wydaje się oczywiste, wówczas było przełomem.
Hasłem festiwalu były pokój i miłość — i rzeczywiście, obyło się bez przemocy. A jednak to właśnie tam ujawniła się także energia destrukcji, wpisana w rockową ekspresję.
Monterey na trwałe zmieniło kulturę. Rock przestał być jedynie rozrywką — stał się językiem pokolenia, narzędziem debaty i impulsem do zmian.
Może warto dziś — w chwilach bezradności — wrócić do Monterey po inspirację?
•••
Prof. Jerzy Jarniewicz — krytyk, tłumacz, poeta, wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego, znawca twórczości The Beatles i Boba Dylana. Autor książki „All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury” (Znak, 2016).
Źródło: „Gazeta Wyborcza”
Do druku podał: Seweryn Reszka




