Festiwal w Jarocinie

Burzliwa Noc w Hotelu “Skalny”
October 27, 2016
Jak wolność w Berlinie Zachodnim wybierałem
November 21, 2016
Pierwszy raz na Festiwal w Jarocinie przyjechałem w 1982 r. z Hołdysem i „Morawcem” (perkusistą) moim “Maluchem”. Festiwalowe koncerty odbywały się wtedy w małym amfiteatrze. Trwał od kilku miesięcy stan wojenny. Po terenie kręcił się ogromny milicjant w mundurze moro z karabinem i psem. Na tle hipisów i pankowców z irokezami wyglądał bardzo abstrakcyjnie. Była prohibicja więc udałem się do sąsiedniej gminy i przywiozłem dwie skrzynki piwa. Poczęstowałem nawet jednym milicjanta. Z wdzięczności podarował mi otwieracz do piwa w kształcie żółwia z napisem Jarocin. Festiwal na tyle mnie zafascynował, że na następny przyjechałem już jako organizator a wcześniej członek komisji kwalifikującej zespoły po przesłuchaniu ok. 1000 kaset magnetofonowych.

Festiwal w Jarocinie to był fenomen na skalę europejską – gromadził 25 tys. widzów. Nie było internetu, mp3 ani nawet CDs. Wszyscy nagrywali koncerty na kasety magnetofonowe. To było najważniejsze źródło wiedzy o tym co się dzieje w subkulturach młodzieżowych, jak się ubierają, co grają, czego słuchają. Po latach można mówić o Pokoleniu Jarocina. Jest nawet album i książka “Grunt to bunt” Grzegorza K. Witkowskiego, który prowadzi od 1999 r. stronę: www.jarocin-festiwal.com

W 1983 roku po raz pierwszy Festiwal odbywał się na boisku. Zbudowano­­­­ scenę. Ale dach był pożyczony z Poznania z wizyty Jana Pawła II a nie taki jak Walter Chełstowski (szef Festiwalu) chciał czyli sztywny. Dokładnie w momencie rozpoczęcia imprezy, o godz. 17:00 zerwał się straszny wiatr i zaczął padać okropny deszcz. Nawałnica. Dach od papieża zaczął nabierać wody, wybrzuszył się. Po pewnym czasie rampy od świateł po bokach sceny, pod wpływem ciężaru dachu zaczęły się uginać. Groziło to zawaleniem się ramp na scenę. Walter <Identyfikator.tif>wysłał mnie co by pożyczyć wąż ogrodowy, którym to wodę z dachu ściągniemy (podobnie jak benzynę z baku się spuszczało). Kiedy udałem się po niezbędny sprzęt jakiś przytomny widz wpadł na scenę i zrobił dziurę w dachu od papieża. Woda zalała scenę i co na niej było. Uratowało to jednak sytuację, bo powstrzymało upadek ramp i świateł. Na zachowanie Waltera w tym momencie spuśćmy zasłonę miłosierdzia. Zwymyślał “ratownika” od najgorszych, zerwał mu identyfikator i wyrzucił z festiwalu. Tu trzeba wspomnieć Bogusia Gutowskiego (akustyka), który w odpowiednim momencie wyłączył całkowicie prąd na scenie czym uratował prawdopodobnie życie wielu ludziom. Strat nie było. Graty ze sceny (wzmacniacze gitarowe, klawisze) wysuszyliśmy w saunie. Tyle, że Festiwal z 7 dni skurczył  się do 5 a ja byłem szefem dużej sceny (kolejny dzień odpadł na położenie sztywnego dachu). Jak Walter dach załatwił to chętnie po latach bym się dowiedział… Za komuny i na dodatek w stanie wojennym był to wyczyn nie lada.

Send this to a friend