Maluch Dla Perfectu

Wyprawa Po Węgorze
October 27, 2016
Grzesiek Żyje!
October 27, 2016

Nabyłem nowego “Malucha” (Fiata 126p) za $1000 US i jakieś tam złotówki. Ponieważ kupiłem w sklepie Pewexu mogłem odebrać go natychmiast (inni ludzie czekali latami). Hołdys pojechał ze mną na stację benzynową na ul. Wawelskiej, gdzie dostaliśmy kartkę z pieczątką stacji i dopiskiem “pomóż człowiekowi”. Z tym pojechaliśmy do p. Leszka – kierownika miejsca gdzie odbierało się “Maluchy” (na ul. 1 Sierpnia naprzeciw Novotelu przy lotnisku w Warszawie). Hołdys przedstawił mnie jako pracownika Perfectu, któremu natychmiast potrzebny jest samochód do załatwiania spraw zespołu itd. itp.

Pan Leszek okazał się wspaniałym człowiekim, pełnym humoru i fantazji. W chwilach wolnych bywał rajdowcem, co mu w piciu nie przeszkadzało. Powiedział, żebym wpadł w poniedzialek, moje nazwisko będzie wyczytane pierwsze. Tak się też stało. Z pracownikiem p. Leszka wszedłem na halę wypełnioną zakurzonymi “Maluchami” w kolorze piaskowym. Ku mojemu zdziwieniu pracownik prowadził mnie dalej – z tyłu słyszalem strzępy rozmów: “- Ale ja chciałem czerwony… – Pan tu przyszedł po samochód czy po kolor?” Wyszliśmy na podwórko. Mym oczom ukazał się następujący widok. Cztery umyte, błyszczace “Maluchy” stały obok siebie. Każdy miał za wycieraczką kartkę z wielkim napisem PERFECT. Były w czterech kolorach: czerwony, granatowy, żółty i szary. Dwóch pracowników objaśniało mi wady i zalety poszczególnych egzemplarzy. Ostrzegali przed szarym – “Malolaty będą drapały napis ZOMO”. Wybrałem granatowy. “Dobry wybór – pochwalili – lakier włoski, silnik taki, skrzynia biegów taka, akumulator najlepszy. Poprosili o 2 godziny na wymianę paru części i opon. Czułem się jak prawdziwy VIP,  a to wszystko dzięki popularności Perfectu. Niestety jeździłem tym samochodem zaledwie 9 miesięcy. Kiedyś pojechałem ciężarówką (Mercedes 407D) Hołdysa do Niemiec z Tadziem Banasiewiczem (akustykiem Andrzeja Rosiewicza) nagłaśniać The Platters, no i zostawilem mu swego malucha pod opiekę. On się nawalił w “Stodole” i wykonal nim potrójne (!) dachowanie – o mało co się nie zabił, bo zatrzymał się na latarni. Całe szczęście, że nie wyjął wtedy żadnej panienki, bo by ją zabił (po wypadku dach dotykał siedzenia dla pasażera obok kierowcy).

Potem mi odkupił na giełdzie używanego – wybierał Walter Chełstowski – i po pół roku się okazało, że też był pukniety, bo farba zaczęła schodzić – ja jeździłem Hołdysa blaszanką-ciezarowka. Ela – przyszła żona wstydziła się jak tym pod teatr podjeżdżalem po nią – wygladało. że ma narzeczonego badylarza…

Send this to a friend