NRD

Koncert
October 27, 2016
Wpadka
October 27, 2016

Urban nie wspomniał nic o koncercie na swojej konferencji prasowej. Myślałem, że sprawa przycichła, ale się myliłem.

Na nasze konto zaczęły spływać pieniądze, co uznałem za dobry znak. Tymczasern jeden telefon wyrwał mnie na parę dni z kraju. Kolega mój – manager grupy powiedzmy X – zachorował. Ktoś jednak musiał pojechać z zespołem do NRD na telewizję. Padło na mnie.

Wylądowaliśmy w Rostocku w pięknym pięciogwiazdkowym hotelu. Nie, nie przylecieliśmy samolotem. Jeździło się wtedy ciężarowymi Mercedesami z powiększoną do siedmiu miejsc kabiną. Z tyłu jechały instrumenty, sprzęt i inne dziwne rzeczy. Samochód był prywatny, a właściciel zarabiał nim więcej niż niejedna gwiazda estrady. Niemcy też dobrze płacili. Najpierw za każdy kilometr ileś tam fenigów, potem za każdą osobę, która jechała i wreszcie za każdy kilogram wiezionego sprzętu. Dawało to w sumie na trasie Warszawa – Rostock sumę rowną połowie naszego kontraktu, który opiewał na sumę kilku tysięcy marek. Jak na dwa dni pracy – to nieźle. W hotelu zachwyciła mnie wanna. Tak wielkiej i długiej jeszcze nie widziałem. Ponieważ kochanie się w wannie jest moim ulubionym zajęciem, postanowiłem natychmiast wyprobować ten wspaniały zabytkowy sprzęt. W tym celu udałem się do pokoju wokalistki. Niestety, gitarzysta miał ten sam pamysł, ale był pierwszy – tak, że wanna z wokalistką była zajęta. Wróciłem głęboko rozczarowany do pokoju, gdzie odkryłem, że telewizor odbiera zachodnioniemiecki program. Nie ukoiło to jednak mojego zawodu.

Podstawowym problemem naszego wyjazdu stało się wydanie pieniędzy. Nie wolno ich było wywieźć z NRD, nie było też specjalnie co kupić. Mieliśmy za mało na samochód a za dużo żeby przepić. Późnym wieczorem, po spożyciu płynu, który rozjaśnia umysł i działa nań wyjątkowo twórczo, ktoś rzucił hasło: Naboje do broni myśliwskiej! Wszyscy stwierdzili, że to wspaniała myśl i postanowiliśmy natychmiast udać się na zakupy. Jedyny, czynny o tej porze, sklep był na dworcu kolejowym; pospieszyliśmy tam całą bandą. Tuż przed przejściem podziemnym prowadzącym na dworzec wysforowałem się do przodu. Zbiegłem po schodach i dosłownie wpadłem na dwóch milicjantów.

– Ausweiss bitte – padła hasło znane mi tak dobrze z wojennych filmów. Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnąłem… siedem polskich paszportów. Usłyszałem szczęk odbezpieczanej broni. Milicjanci odskoczyli jak oparzeni. Może bym się, i uśmiał, gdybym nie uswiadomił sobie, że oni naprawdę mogą strzelać do ludzi, czego dowody widziałem w Muzeum Muru Berlińskiego. Na szczęście w tym momencie pojawiła się reszta zespołu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że w sklepie myśliwskim nie było naboi do broni myśliwskiej i nie zrobiliśmy złotego interesu. Kupiłem natomiast rajstopy męskie z suwakiem w odpowiednim miejscu – do dziś wiernie mi służą.

Następnego dnia odbyło się, nagranie programu. Wokalistka powaliła enerdowską młodzież swym seksownym obcisłym kombinezonem z czarnej skóry, ktory podkreślal jej największe walory. Potem był bankiet, gdzie nie nastąpiła integracja z innymi artystami. Wracaliśmy do domu.

Na granicy po rutynowych pytaniach typu: – brron?… ammunnycja?… porrnograffya?, poproszono mnie, jako kierownika grupy na razmowę do baraczku. Pokój był wąski i długi. Przez małe okienka w suficie wpadało trochę światła. Na środku był stołek, na nim mnie posadzono. Zadawali mi pytania – ciągle to same. Było ich najpierw dwóch, potem czterech, wreszcie sześciu. Nie lubię bardzo, kiedy mam kogoś za plecami.

– Gdzie są pieniądze? Nie wolno wywozic. To poważne przestępstwo. Pójdziecie do więzienia. Na próżno bredziłem coś o drogim hotelu, szampanie do pokoju i zakupach. Nawet nie poszli sprawdzić do samochodu. Przypomiałem sobie jak w szkole zaprowadzili nas, ośmiolatków na film “Zwyczajny faszyzm” – przez wiele lat śnił mi się po nocach. Pozostal jakiś uraz.

Uśmiechałem się. Byłem zdziwiony. Cierpliwie od godziny powtarzałem swoje. – Nie mamy, wydaliśmy. Starałem się nie przywoływać obrazu kierowcy ładującego do skarpetek, na piećdziesiąt metrów przed granicą,  kilka tysięcy marek. Udało się. Nagle wszyscy wyszli. Zobaczyłem przez uchylone drzwi nasz samochód, a w nim znajome twarze. Celnicy spuszczali właśnie ze smyczy psa, który miał przeszukać TIR-a. Oczywiście szukał ludzi, a nie narkotyków. A może i tego i tego. NRD.

Send this to a friend